„Moje najdawniejsze wspomnienie: mam trzy lata i próbuję zabić swoją siostrę. ”

 

Pewnie od ostatniego wpisu zadajecie sobie pytanie: Jak to w końcu jest z tą książką?

Jak Wam już pisałam, nie śpieszyło mi się do jej przeczytania. Odkładałam ją i odkładałam. Dlaczego? Ponieważ obawiałam się, że film jest dokładnym odwzorowaniem tego, co zawiera. Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo się myliłam. Może zacznijmy od ogółów. O ile mają identyczny tytuł i główny wątek, to reszta… Odbiega od książki. I tutaj przestrzegam wszystkich tych, którzy do czynienia czy to z książką, czy to z filmem jeszcze nie mieli.
SPOJLERY!!!

Ten, kto miał do czynienia z książkami Jodi Picoult, ten wie, że są one z perspektywy kilku bohaterów. Nie inaczej jest w przypadku „BEZ MOJEJ ZGODY”. Choć całą historię rozpoczyna Anna, to widzimy ją z perspektywy sześciu innych osób. Tym oto sposobem, Anna opowiada swoją historię, chociaż nie tylko, gdyż otwiera się przed nami także jej siostra. Owszem, większość wiemy z opowieści młodszej siostry, ale o bohaterach i wątkach później :) W filmie zachodzi duża różnica, ponieważ całą historię opowiada Anna. Wiele rzeczy przez to umyka (a szkoda).  

Kolejną różnicą są bohaterowie. W książce jest ich więcej (to zrozumiałe), jednak nie spodziewałam się, że czytając, moją ulubioną bohaterką stanie się Julia – postać, o której scenarzyści najprościej w świecie zapomnieli :( Dla wtajemniczonych: Julia jest byłą ukochaną dobrze znanego Campbella, czyli prawnika Anny. Oczywiście w książce rozwinięte są także wątki Jessiego, rodziców dziewczynki-Sary i Briana. Niestety w filmie najbardziej brakuje właśnie Julii, przez co ich wątek jest… właściwie sprowadzony do minimum.

Teraz to, co najbardziej Was pewnie ciekawi, czyli wątki głównych bohaterów. Powiem tak. Całość historii zostaje zachowana. Anna, czyli dziewczynka, która przychodzi na świat tylko po to, aby być dawcą dla swojej chorej na białaczkę siostry. Właściwie, kiedy czyta się książkę, ma się wrażenie, że Anna nie doświadcza miłości, której tak bardzo potrzebuje. Jej matka widzi zazwyczaj tylko Kate, czyli swoją starszą córkę, a Annę traktuje jako taki nieodłączny dodatek do jej życia. Gdybym miała być szczera, to momentami miałam wrażenie, że Anna pełni funkcję części zamiennych. Oczywiście ona jak każde dziecko czuje, że coś jest nie tak i postanawia to zmienić. Wybiera się do znanego prawnika, którego prosi o pomoc. To tak w skrócie, ponieważ ten bierze Annę za harcerkę sprzedającą ciasteczka i początkowo nie dopuszcza jej do głosu. Bardzo szybko jednak zmienia zdanie, gdy poznaje całą jej historię. To właśnie Campbell Alexander staje się naszym kolejnym głównym bohaterem, który ma swój wątek w książce. Przez całą powieść jesteśmy świadkami jego miłosnych perypetii, które dotyczą Julii, która pojawia się jakoś w połowie książki. Jest to w pewnym sensie odskocznia od smutnej i wzruszającej historii rodziny Fitzgeraldów, bo choć zarówno Campbell, jak i Julia są dorośli, to czytelnik ma wrażenie, jakby czytał o nastolatkach. Mamy oczywiście powroty do lat młodzieńczych, a także z każdą stroną przybliżamy się do poznania pewnej tajemnicy skrywanej przez adwokata, która jest zarazem skutkiem zdarzenia sprzed kilku lat. W filmie ich związek zostaje całkowicie pominięty, a tajemnica jedynie liźnięta, żeby było wyjaśnienie, dlaczego Alexander wziął sprawę Anny. Jeżeli chodzi o rodziców, to miałam wrażenie, że książka do filmu jest bardzo podobna. Nawet wątek powrotu Sary do pracy tylko dlatego, że Anna ją pozwała, czy miłość ojca do dziewczynki (tak, dobrze przeczytaliście. Chociaż matka jej prawie nie zauważała, to Brian kochał ją nad życie). Miałam jednak wrażenie, że w książce pokazane było bardziej wrogie oblicze kobiety, która postanawia sama siebie bronić. Może jest widoczna bardziej determinacja, która nią kieruje. Sama nie wiem… O kim jeszcze nie wspomniałam? A tak! Właśnie! Jessie. Brat dziewczynek. Cóż. W filmie ta postać była mi obojętna. Różnie dobrze, mogłoby go w ogóle nie być. W książce jednak ma swoje pięć minut :D Nie wiem co myślą o tym Ci, którzy książkę czytali, ale dla mnie incydent z kradzieżą samochodu sędzi był genialny!!! (pomijam kolejną różnicę, która dotyczy sędziego. Choć zarówno w filmie jak i w książce historia z jego przeszłości jest taka sama, to zmiana płci była błędem).

Zanim przejdę do ostatniej już, ale chyba najważniejszej różnicy między filmem a książką, chciałabym powiedzieć o moich ogólnych wrażeniach. „Bez mojej zgody” czytałam w jednym z najtrudniejszych momentów mojego życia. Nie wiem, dlaczego wybrałam właśnie tą książkę. Równie dobrze mogłaby to być komedia leżąca obok, jednak nie. Postanowiłam, że niech się dzieje co chce. Choćbym miała przepłakać całą książkę, to zrobię to. Ostatnio miałam tak, że wszystkie filmy o chorobach itp, nie tylko bardzo mną poruszały, ale także wpływały na mnie w negatywny sposób. Teraz ciężko mi się o tym mówi, ale niestety tak było. Tak. Płakałam nad „Bez mojej zgody”. Nie pamiętam, na której książce ostatnio wylałam tyle łez. Nie zaprzeczę. Ale poza tą okropnie smutną historią zauważyłam, jak radosna jest to książka. Jest przepełniona miłością, nie tylko tą siostrzaną, bo Anna darzyła Kate ogromnym uczuciem, mimo, iż skazała ją na śmierć, Julia i Campbell pokazali ją na swój sposób, nawet pomiędzy rodzicami była chwila tej bezgranicznej miłości, ale nie tylko. Kiedy przestanie się patrzeć na główny wątek, dostrzega się wiele innych. To co pamiętam najbardziej, to ta radość z życia. I nie mowa tutaj tylko o Kate, ale o Campbellu także. Pozwolę sobie tutaj przytoczyć krótki fragmencik:

„Jak on może żartować sobie z czegoś takiego? Nagle doznaję olśnienia-przecież Kate zachowuje się tak samo. Widocznie dodatkowa dawka humoru to dar, który dostaje się od Boga razem z kalectwem, chorobą albo inną ułomnością, dar, który pomaga nieść ten ciężar.”

Wiecie co mnie boli? Że ja nie mam tego daru. Albo po prostu jeszcze nie pogodziłam się z sobą i z tym co się ostatnio wydarzyło na tyle, aby go dostrzegać. Ta książka jednak otworzyła mi oczy. Czas poruszyć najbardziej wzruszającą kwestię.

Ten, kto oglądał film, ten wie, jak się skończył. Jestem pewna, że ten obraz na długo pozostał w waszej pamięci. Kate leżąca na szpitalnym łóżku, wtulona w mamę, oglądająca album. W tle słowa Anny, że jej siostra właśnie w tą noc odeszła, ale mimo to, pozostała z nimi. W ich pamięci, wspomnieniach… Że cały czas jest obok. Wyjazd rodziny w jej ulubione miejsce… Jakże przewidywalne zakończenie. Idealnie wpasowałyby się do tego zakończenia słowa widniejące we wstępie. Słowa Anny: „Koniec końców jednak nie zabiłam siostry. Poradziła sobie z tym sama”  Jednak nic takiego nie ma w książce miejsca. Kiedy ją czytałam, zaciekawiło mnie, dlaczego epilog należy do Kate, a nie do Anny. Odkryłam to jednak dopiero pod koniec. Oba zakończenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Może jedynie słowa Sary (matki) pasują tutaj idealnie: 

„W języku angielskim istnieje słowo orphan, które oznacza sierotę. Jest słowo widow, czyli wdowa. Brak w nim jednak określenia rodzica, który stracił dziecko…”

Tak. Na końcu książki również mamy do czynienia ze stratą. Śmierć przychodzi w tym przypadku nagle, niespodziewanie, a dotyka osoby, której nie powinna-Anny. Tak moi drodzy. W książce nie odchodzi Kate, która bardzo tego pragnęła (swoją drogą rozumiem ją). Umiera dziewczynka, która jakże bardzo chciała żyć. Snuła przecież plany na przyszłość… Chciała się zakochać… Pokazuje to, jak życie jest kruche. Jak w jednej chwili, wszystko może się zawalić… Kate przeżyła. Matka miała swoją ukochaną córeczkę na własność, jednak zaczęła wtedy dostrzegać, co straciła. Ludzie mają w sobie ogromną wadę: dostrzegają to co mają wtedy, gdy to utracą.  I może to zakończenie jest zaskakujące, o wiele bardziej smutne, ale jednocześnie, jest o wiele lepsze niż to filmowe… 

Zakończę całość cytatem dla tych, którzy tu dotarli. Bowiem mam łzy w oczach i wiem, że za moment popłyną…

„Zastanawiam się, dlaczego nie istnieje ustawowy limit cierpienia. Dlaczego nie ma regulaminu, w którym stałoby czarno na białym, że można budzić się z płaczem, ale tylko przez miesiąc. Że po czterdziestu dwóch dobach człowiek przestaje odwracać się nagle na ulicy, przytrzymując ręką szalejące serce, pewien, że usłyszał swoje imię z tamtych ust, jej ust. Że za posprzątanie bałaganu, który zostawiła na biurku, nie grozi kara grzywny, że można zdjąć z drzwi lodówki obrazki, które narysowała, i odwrócić do ściany jej szkolną fotografię, choćby tylko z takiego  powodu, ze na jej widok wszystkie bolesne wspomnienia powracają na nowo. Że zezwala się odmierzać czas, który upłynął od jej śmierci, tak samo jak kiedyś liczyło się jej kolejne urodziny…”

Trzymajcie się!
Niezapominajkaaa